Kiedyś to było, a teraz to nie ma. They can't get no satisfaction. Spielberg bei Knittelfeld, 2017

          W zeszłym roku go nie było i myślę, że jestem winien przede wszystkim sobie ten wpis. Bo, nie oszukujmy się - to było przeżycie. I o dziwo w mniejszej mierze dotyczy on samego wydarzenia, a bardziej całej otoczki, której nie zapomnę do końca życia. Ale od początku.

Cocktail bar, piwko, cola, brakowało tylko Deichmanna.
No, i twardego podłoża (fot. Dagmara Szymańska)
         W 2012 roku świętowali 50-lecie. Dowiedziałem się wtedy, że ruszają w trasę, a koncerty wyprzedały się w paręnaście sekund. Wyjątkowe wydarzenie, niespodziewany powrót i nagły koniec. Jako 15-letni chłopak - bez funduszy, możliwości podróży i tym podobnych byłem pewien - nigdy nie zobaczę na żywo tych wciąż - o dziwo - oddychających współczesnych Mozartów, ludzi, którzy jako rzemieślnicy-garncarze własnymi rękami ulepili to coś, co nazywamy rockiem. W 2014 - szybka trasa po Europie Kontynentalnej. Mimo że nie miałem już 15 lat, to powody zostawały te same. Kolejny raz - nic z tego nie będzie, są dla mnie nieosiągalni. Obserwowałem ich triumfy w 2016 roku podczas trasy po Ameryce Południowej. To, jak reagowali ludzie, ile pasji w swoją działalność wkładali muzycy w ósmej dekadzie życie pozwoliło mi myśleć, że największym koncertowym zawodem będzie niezobaczenie tych obwisłych i pomarszczonych twarzy na żywo. W końcu ile lat można mieć, by przestać przemierzać setki kilometrów biegając po scenie, latać z kontynentu na kontynent, chorować na reumatyzm, by wciąż bez przerwy występować? W 2007 grali dziesiątki koncertów rocznie. Teraz przyzwyczaili nas do 14 w ciągu roku. Wyglądało na to, że kamienie, powoli, przestają się toczyć.

          W maju 2017 zaskoczyła mnie informacja - wracają do Europy. Jako że przez ostatnie lata w kwestii wyjazdów trochę się zmieniło, od razu zacząłem szukać możliwości by jak najtaniej dostać się w miejsce docelowe. W grę wchodziła włoska Lucca, austriackie Spielberg oraz Hamburg i Monachium. Internetowy znajomy z forum IORR.org zaproponował, że dowiezie nas do Spielberg z Wiednia. Wybór padł na wspomniane wyżej miasto. Miasto, które słynie głównie z toru Formuły 1, na której odbywa się Grand Prix Austrii miało ugościć najsłynniejszy zespół świata. Podczas kupowania biletów zdałem sobie sprawę, że to się naprawdę dzieje. Zobaczę The Rolling Stones. Czas nie był łaskawy, bo cztery miesiące stały się wiecznością.

          W końcu gdy nadszedł ten dzień i busem dostaliśmy się do Wiednia, trzeba było trafić jeszcze do Spielberg. Michael - wiedeńczyk, który po nas przyjechał, przez całą drogę zapuszczał wydane wówczas wydawnictwo From the Vault - Live at Fonda Theatre 2015. A ja nie mogłem uwierzyć, że rzeczywistość jest prawdziwa.

Chmury, góry, deszcz. Brakowało tylko śniegu, mogłem wziąć narty

          Na miejscu okazało się, że wylądowaliśmy w jakiejś wiosce. Spielberg to wiocha. Mieszka tam ledwo ponad 5000 osób, a miasto otoczone jest górami. Wszędzie Alpy. Ale jakie piękne. Dzień był chłodny, na przemian czekał na nas ulewny deszcz i deszcz z kategorii mniej ulewnego. W każdym razie - deszcz. We wrześniu. I Alpy. W tym deszczu nie było miejsca do siedzenia. Wszyscy ginęli w błocie tworząc prowizoryczne buty z reklamówek, sporadycznie przewracając się przy tym i taplając. Obsługa przywoziła palety, które miały służyć za przejścia. Jedną wykorzystaliśmy jako ekskluzywne, wyjątkowe i jedyne w obrębie 100 km krzesło. I czekaliśmy, w końcu zjawiliśmy się w mieście o 10 rano a koncert zaczynał się o 21. Z Krakowa wyjechaliśmy o 23 dzień wcześniej. Było trochę sennie, ale tylko trochę.

          W Lucky Dipowej loterii wylosowaliśmy bilety na trybuny. Zawiedzeni (liczyliśmy oczywiście na wejście pod scenę, główną nagrodę w loterii) i szczęśliwi na raz idąc na trybuny zauważyliśmy, że znaleźliśmy się przez to na płycie. Gigantyczna niedopilnowana przestrzeń na 110 tysięcy osób wystarczyła, żeby z biletem na trybunę spokojnie znaleźć się na płycie. Oczywiście przed nami, jak to zwykle bywa, znaleźli się zwycięzcy plebiscytu na Największego Gbura Austrii. Wygrali w kategorii W kupie siła - Rodzina Roku 2017. Każdy ruch w gęstej przestrzeni powodował odwracanie się sąsiada i ocenianie wszystkich wokół kamiennym wzrokiem Terminatora. Mogło dojść do rękoczynów.

          Mijał czas, żywiłem się austriackim piwem, amerykańską colą i kabanosami z Auchan. W końcu na scenie pojawił się support - syn słynnego Johna Lee Hookera oraz fenomenalny zespół Kaleo. W kontekście ostatnich bluesowych dokonań Stonesów, wybór Hookera Jr. był strzałem w dziesiątkę. Kaleo natomiast, wschodząca muzyczna gwiazda idealnie wprowadziła (wówczas) ponad dziewięćdziesiąt tysięcy osób w koncertowy nastrój. Atmosfera zaczęła gęstnieć, o dziwo rozpogadzało się. Ogromne ekrany powodowały uczucie bycia naprawdę małym, przytłoczonym.


          Słońce zaszło, robiło się coraz chłodniej, na niebie było sporo gwiazd. Zadymiło się, a że strony sceny słychać było pierwsze dźwięki Sympathy For The Devil. Utwór zwykle grany na koniec stał się otwieraczem. Byłem maksymalnie zaskoczony i zadowolony. Widzę Micka, nagle spojrzenie na Keitha, Charliego, na końcu Ronnie. Później Chuck Leavell, którego miałem przyjemność widzieć rok wcześniej z zespołem Davida Gilmoura. Prawda jest taka, że nie wiedziałem na co patrzeć. To wszystko było realne, a kiedyś widziane jedynie na YouTube. Było wspaniałe Tumbling Dice, potem przeszli do bluesowych standardów z ostatniego longplaya Blue & Lonesome, by w końcu rozkołysać publiczność podczas Miss You oraz Honky Tonk Woman. Zagrali niesamowity koncert,a moje buty stały się jednością ze spodniami (do kolan) i błotem. Był to bodajże trzeci koncert na trasie, było to czuć, szczególnie po grze Keitha, który wydawał się być niewystarczająco rozgrzany. Tak też podczas Brown Sugar miałem problem z rozpoznaniem utworu, w końcu początek był zaskoczeniem chyba i dla samego Keitha, który okrzyczał swojego dźwiękowca jeszcze w świetle reflektorów. Setlista kończyła się typowo - Satisfaction, a po nim nieśmiertelne Gimme Shelter w duecie z Sashą Allen. Na koniec Jumpin' Jack Flash, którego od tygodni nie mogłem wyrzucić z głowy. Jeden numer, She's a Rainbow, był wybrany przez widownię. Ja też na niego głosowałem i dzięki temu usłyszałem jedną ze swoich ulubionych piosenek na żywo. Czyż to nie spełnienie marzeń?

Dziadkowie w akcji

         Na koncercie było dziewięćdziesiąt pięć tysięcy osób. 75% z tej sumy przyjechało samochodem (zaczyna się robić matematycznie). Wszyscy wychodzą w jednym momencie. Wtedy zaczął się dramat. Będąc w aucie o 23.45,wyruszyliśmy z parkingu dopiero o 2.30. Rozpoczęła się walka z czasem, bo nasz bus do Krakowa odjeżdżał z Wiednia o 4.45. Musieliśmy dostać się do Wiednia w mniej niż 2 godziny. Obiecałem sobie, że nie zasnę w aucie. Mimo zaufania nieznajomemu wciąż jednak znajdowaliśmy się w aucie obcego człowieka i w innym kraju. Nie wiedziałem gdzie jedziemy, jednak po ponad dobie bez snu nie wytrzymałem. Co chwilę budziłem się i zasypiałem i mimo walki ze snem w stylu wkładania zapałek między powieki poddałem się. Obudziłem się w Wiedniu, była 4.20. Mieliśmy 25 minut by odnaleźć się nocą w jednej z europejskich stolic, maksymalnie głodni i zmęczeni. Jadąc metrem odliczaliśmy minuty, byle tylko udało się zdążyć na jedynego busa, który miał nas zawieźć do Polski. Byliśmy do pasa w błocie, jednak w pobliżu znajdowało się parę osób, które miały brudne nie tylko nogi, ale też plecy. Oczywiście z rollingstonesowego błota. W biegu, ostatkiem sił chcieliśmy zająć przedostatnie miejsce na maratonie. Udało nam się trafić w ostatniej chwili, mało brakowało, by kierowca pomachał nam śpiewając klasyk Demisa Roussosa Goodbye My Love, Goodbye.

        I taka historia towarzyszyła zobaczeniu najlepszego zespołu w historii muzyki. Wtedy myślałem - wyjątkowe wydarzenie - pierwszy i ostatni raz. Kto by pomyślał, że 10 miesięcy później zobaczę ich jeszcze dwukrotnie. Przejechałem wtedy w sumie ponad 1300 km (w obie strony), poza domem byłem około 40 godzin, z czego dwanaście stałem zmoknięty marznąc w błocie. Ale jak wiadomo -  było warto. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że mam wrażenie, że tegoroczny, lipcowy koncert w Warszawie nie był naszym ostatnim spotkaniem.

Bonusik, kultowe palety, które miały zatrzymać osuwanie się ziemi
i zbliżającą się katastrofę naturalną  (fot. Dagmara Szymańska)

Komentarze

Popularne posty