..a splendid time is guaranteed for all! - Paul McCartney, Kraków [3/12/2018]

Sir Paul McCartney zagrał wczoraj w moim mieście. W sumie - nic dziwnego - domeną artystów jego pokroju jest ciągłe bycie w trasie. W ciągu ponad sześćdziesięcioletniej (!) kariery razem z The Beatles, później Wings, a ostatecznie w pojedynkę zagrał tyle koncertów, że ciężko byłoby je policzyć. Paula na żywo widziałem drugi raz, poprzednio koncert w czeskiej Pradze przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Nie inaczej było tym razem. Z tym, że wczoraj byłem najbliżej któregokolwiek Beatlesa w życiu. Ale po kolei.

..a splendid time is guaranteed for all!

Mimo przewidywań i zapewnień Paul nie zjawił się w Polsce z parodniowym wyprzedzeniem by zwiedzać miasto. Przyleciał na koncert trzy godziny przed samym wydarzeniem. To co działo się w międzyczasie, czyli zobaczenie Paula na lotnisku i wymiana spojrzeń - nie musiałem już iść na koncert! W sytuacji, gdy stajesz twarzą w twarz z największym idolem jedyne co mogłem zrobić, to machać mu płytą RAM pod nosem - na nic innego nie było mnie stać. A te trzydzieści sekund, gdy przejeżdżał obok swoich fanów i z rozkosznym uśmiechem machał - były niczym namiastka beatlemanii dwudziestego pierwszego wieku. Paul i kumple z jego liverpoolskiego zespołu już pięćdziesiąt lat temu podnieśli poprzeczkę tak wysoko, że trudno będzie innym ją przeskoczyć. 
Wiele mówi się o formie wokalnej McCartneya. 76-letni muzyk mimo wszelkich negatywnych opinii o zdartym, “zdziadziałym” głosie nie planuje emerytury. Zresztą - jego ostatnia płyta dowiodła, że wciąż drzemie w nim płomień kreatywności, a głos to... tylko głos. Liczy się duch i pomysły.

Noc po ciężkim dniu, czyli otwieracz Paula i spółki

Koncert rozpoczął numer z jednym z najsłynniejszych otwierających akordów w historii, czyli A Hard Day’s Night. Wśród numerów Beatlesów usłyszeliśmy jeszcze między innymi nieśmiertelne Eleanor Rigby, Ob-La-Di, Ob-La-Da, Blackbird czy Something. A Paul pokazał, że wciąż ma w sobie wigor. Może nie dwudziestolatka, ale odnoszę wrażenie, że od prawie 30 lat obchodzi 50 urodziny. Trudno wskazać najmocniejsze momenty - było ich po prostu zbyt dużo. Najnowsze Come On To Me oraz Fuh You wypadły nad wyraz żywiołowo, a podczas My Valentine czy Maybe I’m Amazed nikt nie wstydził się łez. Maybe I’m Amazed - to chyba jeden z tych utworów, który zasługuje już na swoją koncertową emeryturę. Świetna piosenka, lecz to ona - lub też “jakość” głosu - jest teraz pierwszym argumentem przeciwników współczesnego wokalu Paula. Nie zabrakło numerów Wings - Let ‘Em In (które ubóstwiam), 1985 czy Let Me Roll It. Z każdym utworem Paul rozkręcał się coraz bardziej. Trudno wskazać drugiego takiego artystę, który jest po prostu scenicznym zwierzęciem. Na myśl przychodzi mi (mowa o starej gwardii) jedynie Mick Jagger, lecz to teraz muzycznie dwa odmienne bieguny. Świetny kontakt z publicznością, anegdoty oraz nauczenie publiczności japońskiego słowa saiko. Pure McCartney.

Bez gitary jak bez ręki, dosłownie. Czyli Paul i jego trzy łapy
In Spite of All The Danger, czyli pierwsza zarejestrowana przez przyszłych Beatlesów piosenka (jeszcze jako The Quarrymen) liczy sobie 60 lat. Oczywiście Paul nie byłby sobą i zaprezentował ją także w Krakowie. Podczas refrenu wtórowało mu bodajże szesnaście tysięcy fanów, dla większości było to z pewnością pierwsze spotkanie z tym numerem. To jest właśnie siła tej muzyki.

Muzyczna oprawa zyskała naprawdę wiele przez dodanie sekcji dętej. W przeszłości wszystkie dęciaki brawurowo kreował na syntezatorze Paul Wickens (gra w zespole Paula jako jedyny od początku jego solowej kariery, tj. 1989 roku) - teraz oddał tę przyjemność trio z krwi i kości, które zadbało, by Got To Get You Into My Life czy Lady Madonna zabrzmiały tak, jak stworzył je duet Lennon/McCartney. I tym samym wychodzi na to, że najmocniejsze momenty to tak naprawdę te z dodatkiem dęciaków. W secie zabrakło mi tak uwielbianego przeze mnie I Don't Know, które ostatnio Paul "próbuje" na soundcheckach. No, ale może kiedyś. W końcu - nie wiedząc czemu - te nostalgiczne piosenki starego dziadka ostatnio są tymi moimi ulubionymi.

To nie była ostatnia wizyta Paula w Polsce. Z pewnością nie ostatnia w Europie Kontynentalnej (nie licząc dwóch kolejnych koncertów w Wiedniu jutro i pojutrze). Macca zagrał 38 utworów (!), czyli prawie trzygodzinny koncert. Let It Be oraz Live And Let Die to już nieodłączny element jego koncertów, szczególnie niesamowite wybuchy i totalna demolka, która dzieje się podczas drugiego numeru. Najwspanialsze momenty to dla mnie z pewnością Hey Jude (za każdym razem pochłania tak, że refren powtarza się niczym mantrę - dopóki ktoś tego nie przerwie sam się z tego nie wyrwiesz!), Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band (Reprise) oraz wieńczące set utwory z Abbey Road - Golden Slumbers/Carry That Weight/The End. Mógłbym mieć tylko te trzy utwory na swojej playliście do końca życia i wiem, że na pewno bym się nie znudził. 

And in the end, the love you take
Is equal to the love you make

W tym roku fani Beatlesów świętują półwiecze tzw. Białego Albumu - nie dziwi też obecność jednego z największych klasyków z tej płyty, prekursora punku i metalu. Tak też kulminacyjny moment koncertu został zapowiedziany przez Helter Skelter - najbardziej krzyczący, zdarty głos Paula jaki dotychczas słyszałem. Tym samym, mimo wszystko, najlepszy. 
Koncert naszpikowany efektami, pirotechniką, laserami. Nie, to nie Jean Michel-Jarre. To Paul McCartney. W Krakowie. A co najważniejsze, gdyby ktoś chciał mu zarzucić efekciarstwo - efekty były pierwszej klasy. Przede wszystkim tutaj broni się muzyka, która od ponad pięćdziesięciu lat cieszy tak samo Polaka jak i Japończyka. I po raz kolejny - to siła tej muzyki, nieśmiertelnego pomnika Paula (szczególnie w kwestii Wings i solowej), Johna, George'a i Ringo.
No i niech jeszcze ktoś powie, że Paul ma wybrać się na spoczynek. Nie wyobrażam go sobie na fotelu bujanym z fajką w dłoni. 
A Wy?

Emotikonka z wyluzowanym gościem w czarnych oksach, wyobraźcie to sobie 8)


Komentarze

Popularne posty